DZIENNIK WĘDRUJĄCEGO ZAMKU · ROZDZIAŁ 01

Drzwi do cudzego poranka

· 7 min czytania · 1116 słów

Autorska opowieść fanowska inspirowana światem Hauru. Własna linia wydarzeń poza książkami i filmem; może nawiązywać do obu powieści. Nie jest oficjalną kontynuacją.

Sophie zorientowała się, że w zamku jest o jedno okno za dużo, dopiero przy trzeciej koszuli.

Pierwszą zacerowała w świetle padającym od podwórza. Drugą w świetle padającym od wzgórz. Przy trzeciej musiała przesunąć krzesło, bo słońce świeciło jej prosto w oczy. Po drugiej stronie pokoju Kalcyfer spał nad szczapami, a zegar, który Hauru kupił dla uspokojenia domowych zwyczajów, pokazywał godzinę, jaka najbardziej mu odpowiadała.

Sophie odłożyła igłę.

— Z której strony jest dzisiaj rano?

— Z niepotrzebnej — wymamrotał Kalcyfer.

Otworzył jedno pomarańczowe oko, spojrzał na ścianę i natychmiast otworzył drugie.

Wczoraj stała tam komoda. Nad komodą wisiał obraz przedstawiający gruszkę, która obrażała się, jeśli ktoś mylił ją z jabłkiem. Teraz komoda nadal stała na swoim miejscu, lecz obraz zniknął. Zamiast niego nad szufladami było wąskie okno. Za szybą nie widzieli ani wzgórz, ani podwórza. Widać było kuchnię z błękitnymi kaflami.

— Nie zrobiłem tego — powiedział Kalcyfer.

— Jeszcze cię nie oskarżyłam.

— Wiem, jak układasz usta przed oskarżeniem.

W obcej kuchni ktoś zostawił na stole dwie filiżanki. Z jednej unosiła się para. Druga była przewrócona. Między nimi leżał cienki pasek porannego światła.

Sophie przyłożyła dłoń do szyby. Była chłodna. Miała prawdziwe, maleńkie rysy przy dolnej krawędzi, jakby przez lata opierano tam doniczki. Na parapecie spoczywało ziarno fasoli.

— A to? — zapytała.

— Nie jadam fasoli — odparł Kalcyfer.

— To zauważyłam.

Hauru zszedł po schodach, trzymając Morgana na ramieniu. Chłopiec spał z pięścią zaciśniętą w ojcowskim kołnierzu. Hauru spojrzał na okno, potem na Sophie, potem ponownie na okno.

— Interesujące — powiedział.

Sophie znała cztery sposoby, na jakie wypowiadał to słowo. Ten zwykle oznaczał, że coś trzeba naprawić, ale byłoby mu wygodniej, gdyby naprawił to ktoś inny.

— Zjadłeś śniadanie? — zapytał.

— Nie zmieniaj tematu.

— Pytam, ponieważ na czczo widuje się rozmaite rzeczy.

Kalcyfer prychnął, wyrzucając dwie iskry.

— Ja też widzę.

Hauru podszedł bliżej. Nie dotknął szyby. Przesunął wolną dłonią po powietrzu, jakby szukał nitki, której nie potrafił uchwycić.

— Nie ma zawiasu — mruknął.

— To okno.

— Właśnie.

Za oknem poruszyła się firanka. Przez chwilę Sophie zobaczyła nad stołem czyjąś rękę. Szczupłą, pobrudzoną mąką. Ręka podniosła przewróconą filiżankę, lecz po drugiej stronie szkła nie zabrzmiał nawet cichy stuk.

— Nie słyszą nas — zauważyła Sophie.

— Albo nie mamy jeszcze nic do powiedzenia — odparł Hauru.

Nie spodobało jej się to wyjaśnienie. Zbyt wiele rzeczy na świecie tłumaczono brakiem właściwych słów, kiedy naprawdę brakowało odwagi, czasu albo przyzwoitej drabiny.

Wzięła ziarno fasoli. Od spodu miało drobną kreskę, której nie było wcześniej. Kiedy przysunęła je do światła, kreska zmieniła się w literę.

Nie była to litera, którą znała.

— Spójrz — powiedziała do Hauru.

— Patrzę.

— Na fasolę.

— To znacznie mniej rozsądne.

Morgan otworzył oczy, chwycił Hauru za ucho i zażądał świata w języku, który nie potrzebował tłumacza. Hauru cofnął się od okna.

— Wrócę za chwilę. Niczego nie otwieraj.

— Przed chwilą twierdziłeś, że nie ma zawiasu.

— W zamku to nie jest szczególnie mocny argument.

Sophie poczekała, aż zniknął na schodach. Potem przysunęła do komody stołek. Nie zamierzała niczego otwierać. Chciała tylko lepiej widzieć.

Za szybą pojawiła się kobieta w roboczym fartuchu. Wyglądała na niewiele starszą od Sophie, ale w jej sposobie poruszania się było zmęczenie człowieka, który przez długi czas nie mógł usiąść, kiedy chciał. Kobieta postawiła na stole czajnik, odsunęła filiżanki i oparła obie dłonie o blat.

Sophie pomachała.

Kobieta spojrzała wprost na nią.

Obie znieruchomiały.

Potem nieznajoma podeszła do swojego okna. Z tej strony wyglądało to tak, jakby przybliżała twarz do lustra. Dotknęła szkła w tym samym miejscu, w którym Sophie wcześniej położyła dłoń.

Jej usta poruszyły się bezgłośnie.

Sophie pokręciła głową. Kobieta powtórzyła coś wolniej. Za jej plecami w kuchni zgasło światło.

Nie na całej powierzchni. Cień zaczął się przy drzwiach i sunął podłogą, jak woda rozlana z niewidzialnego wiadra.

— Kalcyfer.

— Widzę.

Ogień wyciągnął ku szybie cienki język błękitu. Zatrzymał go w połowie pokoju.

— To jest daleko.

— Jak daleko?

— Nie tak daleko, jak powinno być.

Kobieta obejrzała się przez ramię. Potem wyrwała z szuflady kartkę, zapisała na niej coś ołówkiem i przycisnęła ją do szkła. Litery poruszały się, lecz nie układały w żaden znany Sophie wyraz.

Na kartce był także rysunek: prostokąt, w nim mniejszy prostokąt, a obok cztery kółka.

Drzwi.

Kobieta wskazała rysunek. Potem wskazała Sophie.

— Ona chce wejść — powiedział Kalcyfer.

Sophie odwróciła się w stronę frontowych drzwi. Pokrętło miało swoje cztery kolory. Zielony, niebieski, czerwony, czarny. Nie drgnęło, kiedy na nie spojrzała.

— Nie ma dla niej miejsca — zauważyła.

— Nie mów tak przy zamku.

Sophie opuściła stołek. Dopiero wtedy usłyszała skrobanie. Dźwięk dochodził z komody.

Otworzyła najwyższą szufladę.

Leżały w niej guziki, splątana wstążka i papierowe pudełko, które od tygodnia miała wyrzucić. Obok pudełka spoczywał ciężki, żelazny klucz. Nie przypominał żadnego klucza do ich domu. Na jego uchwycie wyryto cztery drobne kółka i piąte miejsce pozostawiono puste.

— Zamek nas słuchał — powiedziała Sophie.

— To nie zawsze zaleta.

Klucz był ciepły. Kiedy Sophie go podniosła, na szybie po drugiej stronie pojawiła się rysa. Nieznajoma odsunęła kartkę i przyglądała się rysie ze zdumieniem. Cień dosięgnął jednej nogi stołu. Błękitne kafle nad nim pobladły.

Sophie ścisnęła klucz.

— Poczekaj — powiedziała do kobiety. — Nie wiem jeszcze, jak.

Tym razem po drugiej stronie poruszyła się firanka dokładnie w chwili, gdy skończyła mówić.

Hauru wrócił bez Morgana, lecz z przyklejonym do rękawa kawałkiem owsianki. Zobaczył klucz. Przestał się uśmiechać.

— Gdzie to znalazłaś?

— W szufladzie.

— Oczywiście — powiedział cicho. — Gdzieżby indziej.

Sophie nie oddała mu klucza. Jeszcze nie. Pokazała kobietę, kartkę i cień.

Hauru popatrzył długo. Potem przysunął stołek, usiadł i oparł łokcie na kolanach. Sophie bardziej zaniepokoiło to, że usiadł, niż gdyby zaczął miotać zaklęciami.

— Znasz to miejsce?

— Nie.

— Znasz ten klucz?

— Znałem człowieka, który robił podobne.

Kalcyfer zniżył płomień.

— I?

— Robił drzwi tam, gdzie ludzie przestawali się odwiedzać.

Sophie spojrzała na drugą, wciąż pustą filiżankę.

— Co się stało z tym człowiekiem?

— Pewnego dnia przyszedł do mnie z prośbą. Powiedziałem, żeby wrócił jutro.

Hauru patrzył na szkło, nie na nią.

W obcej kuchni cień wspinał się już po nodze stołu. Kobieta trzymała kartkę, chociaż nikomu nie była już potrzebna.

Sophie stanęła przy frontowych drzwiach. Dopiero z bliska zobaczyła maleńką dziurkę pod kolorową tarczą. Drewno wokół niej było świeże i jasne.

— To, jak rozumiem, twoje jutro — powiedziała.

Włożyła klucz do zamka.

Tarcza nie dostała piątego koloru. Zamiast tego wszystkie cztery pola przesunęły się ku krawędzi i pośrodku otworzyło się małe, bezbarwne okienko.

Z drugiej strony ktoś zapukał.

Sophie obejrzała się na Hauru. Wstał już ze stołka. Tym razem nie próbował tłumaczyć, dlaczego powinni poczekać.

Za drzwiami zapachniało świeżym chlebem.

Co zostało z Tobą po tej scenie? Napisz do nas. Możesz też śledzić kanał RSS.