Igła tkwiła w stole tak głęboko, że Sophie nie widziała uszka. Nić wychodziła wprost z drewna. Pociągnęła ostrożnie; spod blatu odpowiedziało ciche stuknięcie, jakby ktoś odłożył filiżankę piętro niżej.
Nela już biegła ku zamkniętym drzwiom. Hauru złapał ją za fartuch, nie puszczając czerwonego sznurka. Przez chwilę przypominał człowieka, który wybrał się na spacer z dwiema wyjątkowo niezgodnymi kozami.
— Jeżeli to twój brat, tym bardziej nie możemy go przytrzasnąć — powiedziała Sophie.
Nela odwróciła się z taką złością, że Sophie pożałowała braku wspólnego języka. Złość była dokładna, przeznaczona dla konkretnych słów; gesty oddawały zaledwie jej połowę. Kobieta wskazała drzwi, potem własne usta i ucho.
— Chcesz z nim porozmawiać. Dobrze. Hauru, puść fartuch.
— Trzymam go wyłącznie z przyczyn budowlanych.
Jednak puścił. Nela uklękła w odległości dłoni od czarnej smugi. Wypowiedziała ponownie imię. Tym razem Sophie usłyszała wyraźnie: Iwo. Fasola ogrzała jej kieszeń, ale imienia nie trzeba było tłumaczyć.
Za drzwiami coś zaszeleściło.
— Iwo? — powtórzył Hauru, już bez uśmiechu.
Odpowiedziały trzy uderzenia. Potem dwa. Nela zakryła usta, odetchnęła i wystukała ten sam rytm knykciami o podłogę. Natychmiast rozległo się pojedyncze puknięcie.
Sophie znała takie prywatne rozmowy. Jako dziecko potrafiła porozumieć się z siostrami za pomocą skrzypiącego stopnia, choć żadna nie przyznałaby się do tego przy dorosłych. Nie stanowiło to dowodu, że za drzwiami stoi brat Neli. Wystarczało jednak, żeby przestać mówić o nim jak o zagadce.
— Czy możesz mówić? — spytał Hauru.
Usłyszeli chrapliwy dźwięk i skrobanie. Pod drzwiami wysunął się róg szarego papieru. Nela wyciągnęła rękę, lecz kartka cofnęła się gwałtownie. Rachunek na stole zaszeleścił pod filiżanką. W nowej rubryce rosły litery.
Sophie ścisnęła fasolę.
— Papier — przeczytała.
Róg kartki zniknął. Pozostał po nim szary pył, który czarna smuga wciągnęła bez pośpiechu.
— Nie przesuwaj niczego pod drzwiami! — zawołał Hauru.
Nela powtórzyła to we własnym języku. Z drugiej strony odpowiedział krótki, ochrypły śmiech, zakończony kaszlem. Sophie nie zrozumiała słów, ale rozpoznała ton człowieka, któremu właśnie udzielono spóźnionej rady.
Hauru pobladł. Czerwony sznurek przeciął mu skórę u nasady palca.
— Daj mi go — powiedziała Sophie.
— Nie.
Nie było w tym popisu. Zacisnął dłoń, a drugą podsunął pod sznurek własny grzebień. Róg zatrzeszczał, lecz wytrzymał. Sophie odwróciła rachunek wokół filiżanki. Słowa „Nie zamykaj” nadal prześwitywały przez rubryki.
— Kalcyferze, co widzisz na naszej klamce?
— Ubytek. Bardzo gustowny. Jeśli lubisz dziury.
— Czy znika dalej?
— Teraz nie. Ale wasz syn się obudził i zgłasza zastrzeżenia do całego przedsięwzięcia.
Z zamku dobiegł cienki płacz. Sophie poczuła znajome napięcie w ramionach. Odruchowo postąpiła ku otwartemu przejściu. Przy piecu drgnęła czarna nić. Zatrzymała się.
— Słyszę go — powiedziała, bardziej do siebie niż do demona.
Hauru spojrzał na drzwi zamku, potem na sznurek. Sophie widziała, jak szuka zaklęcia, które pozwoliłoby mu być w trzech miejscach naraz. Żadne nie przyszło mu do głowy dostatecznie szybko.
Nela wstała. Wyciągnęła z kieszeni drewnianą łyżkę o krótkim trzonku. Podała ją Sophie, wskazała rachunek, a potem przejście. Mówiła powoli, rozdzielając słowa. Fasola oddała tylko dwa: „jedno” i „zamiast”.
— Chcesz zapłacić łyżką?
Nela przytaknęła. Jej dłoń pozostała jednak zaciśnięta na trzonku. Na drewnie biegły drobne nacięcia, nierówne i bardzo staranne. Ktoś ozdobił je listkami.
Sophie nie przyjęła łyżki.
— Najpierw sprawdźmy, czy możemy dać coś, co sami wybierzemy.
Wyjęła z kieszeni krótki koniec nici pozostały po cerowaniu. Położyła go na czystej części podłogi i popchnęła nożem ku czarnej smudze. Nić zniknęła, zanim ostrze dotarło do jej brzegu. Na rachunku pojawił się nowy wiersz. Pozostałe ani drgnęły.
— Bierze — stwierdziła Sophie. — Ale nie skreśla.
Nela opuściła łyżkę. Hauru zaklął bardzo cicho.
Za drzwiami znów zastukano. Powoli, z przerwami, jak gdyby każde uderzenie wymagało osobnej decyzji. Nela odpowiadała; potem pobiegła do półki i zdjęła pusty gliniany słoik. Przystawiła jego otwór do desek, a ucho do dna. Nasłuchiwała, przesuwała naczynie, wreszcie podała je Hauru.
— To akurat rozumiem — mruknął.
Przyłożył ucho. Sznurek drżał mu między palcami. Sophie podsunęła filiżankę bliżej krawędzi rachunku, żeby nie zsunęła się podczas kolejnego szarpnięcia.
— Mówi w naszym języku — szepnął Hauru ze zdumieniem. — Ma okropny akcent, ale mnie rozumie.
— Mówi, żeby odwrócić kartkę — przekazał Hauru. — Nie rachunek. Tę, którą próbował podać. Zostało mu pół.
Nela powiedziała coś ostro przez drewno. Tym razem mężczyzna za drzwiami odpowiedział dłużej. Słoik zabrzęczał o deskę.
— Tak, wiem, że miał nie podawać — powiedział Hauru. — On też już wie.
Morgan rozpłakał się głośniej. Kalcyfer zaczął śpiewać, z zapałem i całkowitym lekceważeniem melodii. Była to pieśń o pogrzebaczu. Sophie postanowiła nie pytać, skąd zna czwartą zwrotkę.
Hauru słuchał. Potem spojrzał na nią.
— Łyżka z rachunku. Mówi, że trzeba ją poprosić z powrotem.
— Skąd?
Przyłożył ucho do słoika.
— Ze stołu.
Sophie obejrzała blat. Pod filiżanką, na odwrocie papieru, pojawiło się niewielkie wybrzuszenie. Przypominało pęcherz pod źle przyklejoną tapetą. Przycisnęła je palcem i poczuła chłodny metal.
Wsunęła nóż pod papier. Hauru pokręcił głową tak gwałtownie, że słoik stuknął go w ząb.
— Bez rozcinania. Tak mówi.
— W takim razie niech powie coś użytecznego.
Nela dotknęła jej ramienia. Pokazała pustą dłoń, po czym zacisnęła ją, jakby trzymała łyżkę. Sophie westchnęła. Na wiele sposobów dało się okazać brak zaufania do czarownicy; tłumaczenie jej zwykłego chwytu należało do najbardziej irytujących.
Położyła otwartą rękę obok wybrzuszenia.
— Wychodź. Jeśli jesteś łyżką, masz tu robotę.
Nic się nie stało.
Pomyślała o chłopcu płaczącym po drugiej stronie progu, o garnku w zamku i niedokończonym śniadaniu. Nie potrzebowała niezwykłego przedmiotu. Potrzebowała łyżki.
— Nie będę jadła zupy palcami tylko dlatego, że ktoś zrobił z ciebie rubrykę.
Papier rozprostował się z trzaskiem. Na jej dłoni leżała cynowa łyżeczka, mokra i lodowata. Z rachunku zniknęło pierwsze słowo. Czerwona pętla poluzowała się na tyle, że Hauru wyrwał z niej zakrwawiony palec.
Sophie podniosła łyżeczkę. Nela roześmiała się jednym krótkim, zdumionym oddechem. Za drzwiami ktoś uderzył otwartą dłonią w drewno.
Podłogowa nić zgasła. Nie cała smuga, tylko wąska linia przed przejściem. Sophie spojrzała na Hauru.
— Zostań przy nim.
Przeszła do zamku, trzymając łyżeczkę przed sobą. Kalcyfer wyciągnął płomienie. Rachunek zaszeleścił, ale nie dopisał nowego wiersza. Sophie zaczekała na drugim brzegu, policzyła do dziesięciu, a dopiero potem pobiegła po Morgana.
Kiedy wróciła z synem na biodrze i garnkiem owsianki w ręce, Hauru siedział pod zamkniętymi drzwiami. Rozmawiał przez gliniany słoik. Nela trzymała drugi koniec czerwonego sznurka, wciąż przewleczonego przez nić z igłą w stole.
Sophie ustawiła garnek po stronie zamku. Cynowa łyżeczka zdążyła się ogrzać w jej dłoni. Na grzbiecie miała wybite drobne inicjały, których wcześniej nie zauważyła.
Nela zobaczyła je z daleka. Uśmiech zniknął z jej twarzy. Wyciągnęła własną drewnianą łyżkę i podała ją Sophie trzonkiem naprzód.
Te same dwie litery. Pod nimi ta sama krzywa gałązka.
Za drzwiami Iwo mówił dalej. Nela już go nie słuchała. Patrzyła na odzyskaną łyżeczkę tak, jak patrzy się na cudzą rzecz znalezioną we własnym łóżku.