Mira skończyła kroić chleb i spojrzała na światło w oknie. Wstała tak gwałtownie, że krzesło uderzyło o ścianę. Nela złapała ją za rękaw. Piekarka powiedziała kilka słów, wskazała swój kapelusz, potem Iwa.
— Zostawiła ciasto — przetłumaczył mężczyzna. — Miała tylko zajrzeć, czy Nela potrzebuje chleba.
Sophie odstawiła pustą miskę. Morgan zdążył zasnąć na jej ramieniu, z palcami wplątanymi we włosy. Sama chętnie zrobiłaby to samo, gdyby ktoś usunął jej spod powiek obraz papierowej paczki.
— Pójdę z nią.
Hauru podniósł głowę znad szkicu.
— Po co?
— Żeby przez chwilę widzieć coś innego niż te drzwi.
Spojrzał na deskę w poprzek framugi. Płócienna ścierka wisiała nieruchomo. Dalej stały półki z paczkami, a w zdjętym skrzydle co jakiś czas poruszała się klamka.
— Słuszny powód — przyznał. — Wrócisz przez okno?
— Jeśli Mira nie ma wygodniejszych drzwi na powrót do cudzej kuchni.
Przygotowali wyjście z przesadną starannością. Hauru wszedł pierwszy na ulicę, przyjął Morgana, a potem pomógł Sophie przełożyć nogi przez parapet. Piekarka zeskoczyła ze skrzynki sama. Czarodziej oddał syna matce i przez chwilę przytrzymał jej dłoń.
— Nie obiecuję, że niczego nie dotknę — powiedział.
— Obiecaj, że zapytasz Nelę, zanim zaczniesz świecić.
Kiwnął głową. Kiedy wracał przez okno, kapelusz Miry strącił mu z włosów pasemko rdzawego pyłu. Piekarka otrzepała rondo i ruszyła ulicą.
Szary osioł poszedł za nią bez zachęcania. Sophie trzymała się z dala od jego zębów. Zwierzę pachniało sianem i ciepłą skórą, a w jednym uchu miało małą szczerbę. To wystarczyło, żeby przez kilka kroków wszystko wydawało się zupełnie zwyczajne.
Mira mówiła, wskazując kolejne domy. Sophie rozumiała jedynie ton: tutaj ktoś się pokłócił, tam ktoś dobrze gotował, pod tamtą okiennicą należało się schylić. W ostatnim przypadku rada została udzielona dostatecznie wyraźnym gestem.
Na placu chłopiec od dzwonka pomagał starszemu mężczyźnie układać worki na wózku. Zobaczywszy Mirę, ukłonił się przesadnie głęboko. Piekarka pogroziła mu palcem, ale uśmiechała się. Dzwonek przy dyszlu odezwał się, gdy wózek ruszył.
Piekarnia zajmowała narożnik domu z szerokim daszkiem. Nad wejściem wisiał drewniany precel. Mira przesunęła zasuwę, weszła do środka i natychmiast zawołała kogoś po imieniu.
Odpowiedziała cisza.
Zajrzały na zaplecze. Na długim stole stały kosze przykryte płótnem. Jedno okrycie podnosiło się nad brzegiem, powoli, uparcie. Mira wsunęła palec pod tkaninę, westchnęła i zaczęła podwijać rękawy.
Sophie usiadła na ławie pod ścianą. Rozłożyła na kolanach własny szal i ułożyła na nim Morgana, nadal podtrzymując mu głowę. Dziecko westchnęło przez sen. Przez otwarte drzwi wpadał ciepły przeciąg pachnący drożdżami.
Mira podeszła do szerokich drzwi prowadzących na podwórze. Nacisnęła klamkę. Drewno drgnęło, ale nie ustąpiło. Piekarka szarpnęła mocniej, zajrzała pod stół i zaczęła rozsuwać worki.
— Zamek? — zapytała Sophie.
Mira odwróciła się. Wyglądała na zaskoczoną, że gość zna akurat to słowo. Potem skinęła głową i pokazała pusty haczyk obok futryny.
Sophie ostrożnie podniosła syna. Mira postawiła przy ławie szeroki, pusty kosz na pieczywo, wyłożyła go czystym płótnem i odsunęła od pieca. Po krótkim namyśle Sophie ułożyła w nim Morgana na swoim szalu. Kosz stał tuż przy jej stopach; z takiej odległości mogła podać dziecku rękę.
— Zaraz wrócę do trzymania cię bez przerwy — obiecała śpiącemu chłopcu.
Klucza nie było ani pod workami, ani na półce. Mira wymachiwała rękami, opowiadając coś coraz bardziej wzburzonym tonem. Sophie nie miała przy sobie fasoli; zostawiła ją Neli, żeby mogła porozumiewać się z Hauru. Zamiast zgadywać, obejrzała podłogę.
Pod drzwiami leżała cienka warstwa mąki. Przecinał ją świeży łuk, wyrysowany dolną krawędzią skrzydła. W jednym miejscu łuk się urywał.
Sophie uklękła i przesunęła palcem przez biały pył.
Klucz tkwił pod drzwiami. Ktoś musiał go kopnąć; obrócił się i zaklinował pomiędzy deską a kamienną posadzką. Kiedy Mira ciągnęła, wciskała go tylko głębiej.
Znalazły płaską łopatkę do ciasta. Sophie wsunęła ją pod skrzydło, a piekarka bardzo powoli nacisnęła klamkę. Klucz wyskoczył na podłogę z brzękiem. Drzwi otworzyły się na podwórze pełne słońca i pustych koszy.
Mira usiadła na najbliższym worku. Przez chwilę milczała. Potem zaczęła się śmiać.
Sophie śmiała się razem z nią, z ulgą tak wielką, że niemal bolała.
— Ten przynajmniej był po prostu pod drzwiami.
Piekarka otarła oczy i podała jej klucz. Sophie chciała odłożyć go na haczyk, lecz zatrzymała dłoń.
Na uchwycie znajdowały się cztery małe kółka. Między nimi pozostawiono puste miejsce.
Nie był to klucz z zamku Hauru. Miał krótszy trzonek, dwa szerokie zęby i wytarty mosiężny uchwyt. Jednak znak był ten sam.
Sophie wskazała go, potem kierunek, z którego przyszły.
— Iwo?
Mira przytaknęła bez wahania. Wyciągnęła z szuflady jeszcze dwa klucze. Na jednym znak był niemal starty, na drugim wyraźny. Piekarka przyłożyła palec do skroni, zastanowiła się i narysowała dłonią długą brodę.
— Ojciec — powiedziała Sophie.
Mira rozpromieniła się. Zaczęła przynosić następne rzeczy: mały skobel, pudełko po gwoździach, drewnianą formę do masła z naprawionym narożnikiem. Na spodzie formy Sophie znalazła ten sam znak, wypalony dawno temu.
Usiadła przy koszu syna. Przez cały poranek traktowali rysunek jak ślad prowadzący do nieznanego sprawcy. Tymczasem należał do rodziny rzemieślników, którzy naprawiali pół okolicy. Mógł wisieć nad każdym drugim progiem na tym placu.
Nie przestawał być ważny. Przestawał być prosty.
Mira zauważyła jej minę. Odłożyła formę, przysunęła stołek i czekała.
Sophie wzięła rozsypaną mąkę między palce. Na ciemnym blacie narysowała drzwi, cztery kółka i plamę u dołu. Piekarka spoważniała. Poprawiła jeden z boków, a potem przekreśliła go dwoma ruchami dłoni.
Podeszła do półki przy piecu. Zdjęła z niej mały gliniany słoik, zakryty płótnem. Nie podała go Sophie; postawiła daleko od kosza i cofnęła rękę.
Na zewnętrznym brzegu, pod zaschniętym zaciekiem, błyszczała wąska srebrna smuga.
Mira wskazała drzwi podwórza. Potem dwa palce, jakby liczyła dni albo wizyty. Sophie nie wiedziała, które. Nie próbowała odkrywać słoika.
— Pokażemy go Iwowi — powiedziała.
Piekarka usłyszała imię i potrząsnęła głową. Przycisnęła słoik grubą ścierką, ustawiła go na wysokości pasa i wykonała ten sam ruch, którym wcześniej odpychała niewidzialnego rozmówcę. Nie chciała go nieść do jego domu.
Sophie spojrzała na Morgana. Chłopiec otworzył oczy i właśnie odkrywał, że sufit piekarni różni się od sufitu zamku. Za chwilę miał wyrazić opinię.
Podniosła syna. Drugą ręką zgarnęła z blatu odrobinę mąki i starła narysowaną plamę, pozostawiając same drzwi.
— Dobrze. Przyprowadzę Hauru tutaj.
Mira przysunęła ciasto bliżej stołu, a słoik odsunęła na pustą kamienną półkę. Potem wyjęła z pieca małą, nierówną bułkę i podała Sophie przez ścierkę. Ciepło przeszło przez materiał aż do palców.
Wracając przez plac, Sophie usłyszała dzwonek przy wózku. Znalazła klucz, otworzyła zwyczajne drzwi i dostała świeżą bułkę. Słoik został w piekarni. Tym razem to oni mieli wybrać, kiedy do niego podejdą.