Sophie wróciła z bułką przyciśniętą łokciem do boku i miną, którą Hauru znał aż nazbyt dobrze. Nie oznaczała kłopotów już rozpoczętych. Oznaczała kłopoty starannie odłożone, żeby zdążył się do nich przebrać.
Nie przebrał się. Przyjął od niej Morgana, posadził go na własnym kolanie i wysłuchał opowieści o piekarni. Syn natychmiast zainteresował się bandażem na jego palcu.
— Nie podoba mi się słoik, którego nie wolno przynieść — powiedział Hauru.
— Mnie podoba się, że Mira nie dała go tu przynieść — odparła Sophie. — Ma więcej rozsądku niż my z chlebem.
Spojrzeli na kamienną płytę obok pieca. Pakunek z odciętym spodem pierwszego bochenka nadal leżał tam, gdzie zostawiły go kobiety. Nela przysunęła do niego odwrócony garnek, żeby nikt przypadkiem nie sięgnął po ścierkę.
Hauru oddał syna Sophie.
— Pójdę sam. Odpocznij.
— Nie sam. Z Mirą. To jej piekarnia.
Iwo podniósł głowę. Położył na stole zwykły mosiężny klucz zdjęty z kółka przy pasku. Na uchwycie widniał rodzinny znak.
— Weź ten. Robiłem go dla niej do szafki na rachunki. Nie oddałem przed…
Urwał. Hauru schował klucz, nie próbując dokończyć za niego.
Nela podała czarodziejowi fasolę. Wzięła go za nadgarstek, przytrzymała i powiedziała coś bardzo powoli. Ziarno ogrzało mu palce. Zrozumiał „wróć” i „ręce”.
Pokazał obie dłonie, zgiął palce i przytaknął. Nie miał pewności, czy o to chodziło. Nela puściła go jednak i odsunęła skrzynkę pod okno.
Na ulicy światło było ostrzejsze niż w kuchni. Hauru znalazł piekarnię, kierując się zapachem i opisem drewnianego precla. Pod daszkiem zatrzymał się, otrzepał spodnie i wyciągnął z włosów ostatni okruch rdzawego pyłu. Potem wszedł.
Mira pracowała przy stole. Na widok obcego mężczyzny sięgnęła po ciężką łopatę, dopiero po chwili rozpoznała twarz, którą wcześniej pomagała przeciskać przez okno.
Hauru skłonił się. Podał jej klucz.
Piekarka obejrzała zęby i parsknęła. Wskazała szafkę pod ladą. W jej drzwiczkach od dawna tkwił inny klucz, z przywiązanym czerwonym skrawkiem materiału. Otworzyła je bez trudu, a nowy położyła obok, jak niepotrzebną kromkę.
— Za późno — powiedział Hauru.
Fasola nie była do tego potrzebna. Mira zrozumiała ton. Wzruszyła ramionami i wskazała kamienną półkę na zapleczu.
Słoik był mniejszy, niż czarodziej się spodziewał. Miał krzywe ucho i obtłuczony brzeg. Srebrny zaciek spływał po glinie cienką smugą; w połowie drogi urywał się tak równo, jakby odcięto go nożem.
Hauru zatrzymał dłoń nad płócienną osłoną.
— Mogę?
Mira podeszła. Przycisnęła palce do brzegu, potem wskazała własne oczy i jego rękę. Chciała widzieć. Odsunął się, żeby miała miejsce, i dopiero po jej skinieniu uniósł płótno.
W słoiku znajdowała się gęsta, jasna masa. Nie błyszczała. Wyglądała jak szary klej z drobinami kredy. Pośrodku tkwił pędzel, którego włosie stwardniało w krzywy grzebień.
Hauru nie dotknął go.
Obejrzał zewnętrzny zaciek pod światło, przesuwając całą lampę oliwną przyniesioną przez Mirę. Srebrna smuga pozostała matowa. Dopiero gdy ustawił lampę z boku, pod spodem zamigotała druga linia.
Jedna warstwa leżała na drugiej. Dolna była cieńsza, niemal przezroczysta. Hauru pochylił się tak nisko, że piekarka odciągnęła go za kołnierz od płomienia.
— Dziękuję. Włosy już wystarczająco ucierpiały.
Wziął z podłogi czysty drewniany klin, odłamany od pustej skrzynki. Wskazał zaschnięty zaciek, potem drewno. Mira podała mu własny nóż, ale pokręcił głową. Chciał podważyć tylko luźny brzeg, bez przecinania gliny.
Cienki płatek odszedł od słoika. Hauru położył go na kamiennej półce.
Od spodu płatek był czarny.
Mira wciągnęła powietrze. Czarodziej odłożył klin i uniósł obie ręce, żeby widziała, że nie zamierza niczego czarować.
— To nie ta sama rzecz co światło na moich palcach — powiedział cicho. — Chociaż wygląda podobnie.
Nie wiedział, ile zrozumiała. Piekarka patrzyła na płatek, nie na niego.
Hauru przytrzymał go drewnem za brzeg. W srebrnej powierzchni dostrzegł równe punkty, zbyt regularne jak na zaschniętą farbę. Wyglądały jak otwory po szyciu. Pod każdym znajdował się drobny czarny haczyk.
Przypomniał sobie czerwony sznurek, igłę wbitą w stół i kartkę przyciśniętą filiżanką.
— To jest podkład — mruknął. — Ktoś dał mu coś do trzymania.
Mira dotknęła fasoli w jego otwartej dłoni. Wypowiedziała krótkie zdanie. Czarodziej usłyszał wyraźnie „dwa razy”. Potem piekarka pokazała ścianę podwórza i wykonała ruch pędzlem: najpierw szeroki, później ostrożny, wzdłuż niewidzialnej krawędzi.
— Dwie warstwy — powiedział.
Przytaknęła gwałtownie. Podeszła do szafki na rachunki i zaczęła wyjmować papiery. Nowy klucz od Iwa zsunął się na podłogę. Hauru podniósł go, zanim Mira nadepnęła.
Przyniosła rachunek za mąkę. Odłożyła. Kartkę z tłustą plamą. Odłożyła. Wreszcie wyciągnęła niewielki pasek papieru i położyła obok słoika.
Na jednej stronie znajdował się szkic drzwi i dwa rzędy kwadratów. W pierwszym zaznaczono wszystkie pola. W drugim brakowało ostatniego. Hauru przesunął nad nimi palcem, nie dotykając atramentu.
Mira zatrzymała jego dłoń i wskazała siebie. Następnie zdecydowanie pokręciła głową.
— Nie pozwoliłaś dokończyć?
Piekarka nie czekała na tłumaczenie. Otworzyła drzwi podwórza, przesunęła dłoń po futrynie i pokazała miejsce pod dolnym zawiasem. Drewno było tam oskrobane do jasnego. Wyżej zachowały się dwie srebrne kreski, krótkie, rozdzielone szeroką przerwą.
Hauru przykucnął. Przyniesiona lampa oświetlała nierówną powierzchnię. Zamek działał, drzwi wychodziły na zwyczajne podwórze. Nie widział smugi na posadzce.
Mira przez dłuższą chwilę mówiła mu coś prosto w twarz, ze ściśniętą w palcach fasolą. Udało mu się uchwycić „rano”, „chleb” i „jutro”.
Ostatnie słowo zabolało go bardziej, niż powinno.
Nie próbował jednak układać z trzech wyrazów całej historii. Wskazał kartkę z niedokończonym rzędem, potem słoik, i poprosił gestem o chwilę.
Usiedli przy stole, z dala od ciasta. Hauru położył na czystym papierze nowy klucz do szafki i odrysował go ołówkiem Miry. Pod spodem narysował słoik, obok dwie warstwy. Oddzielił je grubą kreską.
Piekarka przysunęła sobie rysunek. Dopisała kilka słów. Kiedy dotknęli fasolą pierwszego, Hauru zrozumiał „wygodniej”. Przy drugim pojawiło się „dostawa”. Trzecie pozostawało obce, choć próbował kilkakrotnie.
Mira westchnęła. Wstała, uniosła pusty kosz, przeszła z nim do drzwi podwórza, wróciła i wskazała słoik. Potem postawiła kosz przy stole tak szybko, jakby ktoś podał go przez niewidzialne okno.
Chciano urządzić jej przejście dla dostaw. Hauru rozumiał tyle. Kto je proponował i za jaką cenę, nadal nie wiedział.
Złożył papier wzdłuż krawędzi, bez dotykania czarnego spodu płatka. Piekarka przyniosła dwa gliniane talerzyki. Umieścili odprysk między nimi, a słoik ponownie przykryli płótnem. Mira odsunęła lampę.
Hauru wskazał pasek z kwadratami oraz ich wspólny rysunek. Piekarka pozwoliła mu zabrać obie kartki. Talerzyki i słoik zostawił na kamieniu.
Przy wyjściu oddał jej drugi klucz do szafki.
Mira przywiązała do niego skrawek niebieskiej nici i powiesiła go obok czerwonego. Potem wzięła czarodzieja za rękę, obejrzała bandaż i poluzowała zbyt ciasny węzeł.
Kiedy wracał do Neli, niósł tylko papier. Miał pokazać Iwowi rysunek niedokończonej dostawy, nie żądać natychmiastowych odpowiedzi. Na placu minął wózek z dzwonkiem. Tym razem zatrzymał się i przepuścił go pierwszy.