Róża weszła do kuchni Neli i zatrzymała się tak nagle, że Mira wpadła na jej plecy. Iwo siedział przy stole z nogą opartą na stołku. Miał na kolanie błękitną księgę, lecz jej nie czytał. Próbował nawlec zwykłą igłę, którą Nela znalazła w koszyczku.
Na widok praczki odłożył nitkę.
Róża podeszła, ujęła go za brodę i obróciła jego twarz do światła. Powiedziała coś ostro. Iwo odpowiedział. Wtedy puściła go, usiadła na podłodze i wyciągnęła z kieszeni pustą etykietę.
Hauru zamknął za nimi drzwi na ulicę. Nie na klucz. Po prostu odsunął od rozmowy turkot i cudze wołania.
Sophie stała przy przejściu do zamku. Morgan spał już w łóżeczku na górze; po długim poranku pozwolił się wreszcie odłożyć. Nela podała czarodziejowi kubek wody.
— Olek? — spytała Sophie.
— Został w pralni. Pilnuje wózka, żeby nikt nim nie przejechał przez srebrną linię.
— Sam?
— Tak zdecydował. Róża nie chciała zostawić wszystkiego bez opieki.
Sophie zerknęła na skrzynkę w sieni, potem na Iwa. Mężczyzna słuchał teraz praczki. Pokazała lewą dłoń, etykietę i wskazała kierunek pralni.
Hauru opowiedział o pakunku bez nazwiska, o reszcie czytelnych kartek i o osłoniętej belce. Nie próbował przypisywać pustemu papierowi znaczenia, którego jeszcze nie znali.
Iwo poprosił Różę, żeby powtórzyła coś od początku. Potem przetłumaczył:
— Pierwszy raz nazwisko zniknęło po trzecim przejeździe. Pomyślała, że papier zamókł. Przepisała z księgi zamówień. Potem nie mogła już znaleźć tego samego wpisu.
Róża powiedziała coś jeszcze.
— Pamięta okno, z którego podawano kosz. Pamięta kobietę i czerwony dzbanek na parapecie. Tylko nazwiska nie umie powiedzieć.
Sophie usiadła obok niej. Nie zabrała etykiety. Wyjęła z kieszeni ołówek i położyła go na podłodze pomiędzy nimi.
— Może na razie dzbanek — zaproponowała.
Iwo przetłumaczył. Praczka obejrzała ołówek, jakby ktoś podał jej bardzo nieodpowiednie narzędzie do naprawy rury. W końcu narysowała dzbanek. Dodała wyszczerbione ucho i trzy kreski na brzegu parapetu.
— To niczego nie przywraca — powiedział Iwo w jej imieniu.
— Jeszcze nie wiem, co przywraca — odparła Sophie. — Ale pościel musi jakoś wrócić do właścicielki.
Róża przez chwilę przytrzymywała kartkę palcami. Potem złożyła ją i schowała. Wstała, prosząc Iwa o coś tak stanowczym tonem, że Hauru prawie wyprostował plecy.
— Mam jej powiedzieć, co widziałem po drugiej stronie — wyjaśnił rzemieślnik.
Nela przysunęła mu wodę. Sophie została przy Róży, a Mira zeszła z drogi Hauru i wskazała drzwi.
Piekarka nie zamierzała dłużej czekać.
— Do mostu? — zapytał czarodziej.
Przytaknęła.
Sophie podała mu szal zostawiony na oparciu krzesła. Odmówił gestem, lecz zarzuciła mu go na ramiona.
— Zmarzniesz, zanim skończysz zadawać pytania.
Hauru chciał zaprotestować, że wygląda jak człowiek wracający od ciotki. Zobaczył jednak jej zmęczone oczy i tylko poprawił materiał przy szyi.
Przy drzwiach zatrzymała go Nela. Wskazała własną dłoń, później lewą rękę brata. Czarodziej uniósł obie ręce i schował je do kieszeni. Dopiero wtedy pozwoliła mu wyjść.
Most znajdował się dalej, niż sugerowały wcześniejsze gesty. Za placem minęli kuźnię, kamienny mur i dwa ogrody. Domy rozstąpiły się, odsłaniając rzekę, szerszą od rowu przy pralni i znacznie czystszą. Płytka woda przesuwała się po jasnych kamieniach.
Wóz stał po tej stronie mostu. Nie był wielki. Miał płócienną budę, jedno zapasowe koło i tabliczkę zawieszoną na burcie. Hauru nie umiał przeczytać napisu. Mira przeczytała go głośno, bardzo nieżyczliwie.
Obok pasł się kasztanowaty koń. Mężczyzna w szarym płaszczu sprawdzał sprzączkę przy uprzęży. Na podeszwach miał błoto, na kapeluszu nieduże pióro, a pod pachą zwinięty worek.
Mira wypowiedziała jego imię.
Wiktor wyprostował się i uśmiechnął.
Najpierw do niej. Potem do Hauru. Uśmiech nie zniknął, tylko stał się uważniejszy.
— Dzień dobry — powiedział płynnie w języku czarodzieja. — Nowe zamówienie?
— Stare — odparł Hauru.
Wiktor przełożył worek do drugiej ręki.
— Będę potrzebował nazwiska i miejsca wykonania.
Mira zaczęła mówić. Sprzedawca słuchał cierpliwie. Nie przerywał, nie cofał się ani nie próbował poprawiać jej kapelusza, który przekrzywił się podczas marszu. Kiedy skończyła, spojrzał na Hauru.
— Pani z piekarni nie ma ukończonego przejścia.
— Iwo ma.
Wiktor zastygł z palcem wsuniętym pod uchwyt worka. Była to krótka chwila, lecz czarodziej ją zauważył.
— Rozumiem. Przyszedł pan w jego imieniu?
— Wracam do jego domu. Chciałbym, żeby pan poszedł ze mną.
— Jest teraz w domu?
Hauru patrzył na niego, nie odpowiadając od razu. Wiktor odłożył worek na stopień wozu.
— To dobrze — powiedział. — Były pewne trudności z odbiorem.
— Jego stopa była zapakowana w papier.
Koń poruszył uchem. Mira nie znała słów, ale odczytała coś z twarzy sprzedawcy. Postąpiła bliżej.
Wiktor zdjął kapelusz. Pod piórem kryła się jasna plama po deszczu.
— Ma pan kwit?
Hauru poczuł tak silną ochotę rzucenia zaklęcia, że musiał rozprostować palce w kieszeni. Mógłby przynajmniej sprawić, żeby człowiek przestał mówić tym uprzejmym, równym głosem.
— Mam człowieka, który nie pamięta, co robił własnymi rękami.
— Dlatego pytam o kwit. Bez niego nie zobaczę, co pobrano.
Nie powiedział „czy”. Powiedział „co”.
Hauru wyjął ręce z kieszeni, lecz trzymał je otwarte przy bokach.
— Kiedy sprzedawał mu pan pędzel, powiedział pan, że będzie coś pobierane?
Wiktor spojrzał na Mirę. Piekarka skrzyżowała ramiona.
— Każde przejście wymaga utrzymania — odpowiedział.
— Pytam, co pan powiedział Iwowi.
Mężczyzna potarł czoło. Po raz pierwszy wyglądał na kogoś, kto wolałby rozmawiać z drugim klientem.
— Pokaże mi pan dokument?
Hauru przypomniał sobie rachunek pod filiżanką, luźny sznurek i igłę wbitą w stół. Nie chciał ich teraz wyrywać ani przynosić do wozu.
— Dokument jest u Iwa. Tam go pan zobaczy.
Wiktor podniósł worek i wrzucił go pod budę. Sięgnął do kieszeni płaszcza, ale zatrzymał dłoń, kiedy Mira zrobiła krok w stronę konia.
— Nie odjeżdżam — powiedział do niej w jej języku, a potem powtórzył Hauru. — Biorę okulary.
Wyjął małe etui. Otworzył je powoli. W środku rzeczywiście leżały okulary, owinięte miękką szmatką.
Piekarka odsunęła się od uprzęży. Sprzedawca zamknął budę na haczyk i nałożył kapelusz.
— Chodźmy. Tylko proszę niczego więcej nie odklejać.
Hauru spojrzał na niego.
— Skąd pan wie, że coś odkleiliśmy?
Wiktor przestał poprawiać rondo. Palce pozostały na brzegu kapelusza.
Mira ruszyła pierwsza, ale czarodziej zaczekał na odpowiedź.
— Skoro Iwo wrócił — powiedział wreszcie sprzedawca — połączenie musiało zostać naruszone.
Hauru nie wyjaśnił, jak naprawdę uwolnili stopę i kiedy zniknęły półki. Odsunął się od wozu, zostawiając Wiktorowi wolną drogę ku domom.
Poszli pieszo. Wiktor niósł okulary, Mira szła pół kroku przed nim, a czarodziej z tyłu. Szal Sophie zsuwał mu się z ramienia. Tym razem poprawił go bez irytacji.